REKLAMA
Oficjalnie chodzi o walkę z niebezpiecznymi praktykami pseudomedycznymi. Nieoficjalnie – nowe przepisy mogą całkowicie zablokować debatę naukową i wolność słowa w medycynie. Głos w sprawie tzw. „Lex Szarlatan” zabrał dr n. med. Zbigniew Martyka.
Sejm przyjął ustawę, a dokument trafił już do podpisu prezydenta Karola Nawrockiego. Z pozoru cel jest słuszny: eliminacja oszustów żerujących na ludzkim nieszczęściu. Jednak w środowisku medycznym rosną obawy, że nieprecyzyjne zapisy uderzą przede wszystkim w niezależnych lekarzy i naukowców, którzy mają odwagę kwestionować urzędowe wytyczne.
Walka z szarlatanami czy z niezależną myślą?
Kluczowy problem leży w definicjach prawnych. Nowy art. 67zn ma karać za rozpowszechnianie informacji niezgodnych z „aktualną wiedzą medyczną”, jeśli działanie to ma na celu osiągnięcie korzyści majątkowej lub osobistej.
Dr Zbigniew Martyka nie kryje, że walka z przestępcami jest konieczna, ale zwraca uwagę na pułapkę prawną:
„Człowiek namawiający chorego na nowotwór do porzucenia skutecznego leczenia i sprzedający mu za tysiące złotych »cudowną terapię« powinien ponosić odpowiedzialność. Problem w tym, że uchwalone przepisy idą znacznie dalej (…). Korzyść majątkowa jest stosunkowo łatwa do zrozumienia. Ktoś zarabia na sprzedaży rzekomego cudownego preparatu. Ale czym jest korzyść osobista? Ustawa tego nie definiuje.”
Lekarz pyta wprost, jak szeroko urzędnicy zinterpretują to pojęcie:
„W toku prac legislacyjnych zwracano uwagę, że przy szerokim rozumieniu mogą chodzić nawet o rozgłos, zasięgi czy osobistą satysfakcję. A skoro tak, czy korzyścią osobistą nie może być także budowanie własnego wizerunku, pozycji eksperta albo rozpoznawalności? Który lekarz występujący publicznie nie buduje przy okazji swojego wizerunku? (…) Jeżeli pojęcie »korzyści osobistej« zostanie zinterpretowane wystarczająco szeroko, zabezpieczenie to może przestać cokolwiek zabezpieczać.”
Doświadczenia z pandemii COVID-19: Gdy urzędowa racja mija się z nauką
Dr Martyka przypomina własne doświadczenia z lat 2020–2021, kiedy za publiczne wypowiedzi zawieszono mu na rok prawo wykonywania zawodu (karę ostatecznie uchylił Naczelny Sąd Lekarski). Wskazuje, co stałoby się, gdyby „Lex Szarlatan” obowiązywał już wtedy, gdy podważał m.in. binarne traktowanie testów PCR, przymus maskowania, brak odporności sterylizującej po szczepionkach czy sensowność lockdownów:
„Twierdzę, że dodatni PCR nie oznacza automatycznie, że człowiek w danej chwili zakaża innych. Dziś nie jest to żadna sensacja. PCR wykrywa materiał genetyczny wirusa. Już w 2020 roku badania wykazywały silną zależność między wartością Ct, czasem od wystąpienia objawów a możliwością wyhodowania żywego wirusa. Sam dodatni PCR nie był więc testem aktualnej zakaźności. Mimo to w Polsce dodatni wynik był wykorzystywany jako automatyczna przesłanka izolacji.”
Podobnie sytuacja wyglądała w przypadku badań nad maseczkami i szczepieniami:
„Kwestionowałem także przedstawianie skuteczności powszechnego maskowania jako naukowo rozstrzygniętego faktu. Za takie wypowiedzi stawiano mi zarzuty. Tymczasem duże randomizowane badanie DANMASK nie wykazało statystycznie istotnego zmniejszenia liczby zakażeń w grupie, której zalecono noszenie masek chirurgicznych. Późniejszy przegląd Cochrane obejmujący randomizowane badania również nie dał podstaw do stwierdzenia dużego, jednoznacznego efektu interwencji maskowych w populacji. Oznacza to, że istniał rzeczywisty spór naukowy. A spór naukowy to nie dezinformacja.”
„Kwestionowałem również przekonanie, że zaszczepienie człowieka oznacza, iż nie będzie on transmitował wirusa. (…) Późniejsze badania jednoznacznie pokazały, że osoby zaszczepione mogą się zakażać i mogą transmitować SARS-CoV-2. A zatem prawdziwe było moje zasadnicze ostrzeżenie, iż szczepienie nie tworzy odporności sterylizującej i zaszczepiony może zakażać innych.”
Cyfrowa blokada stron bez wyroku sądu
Jednym z najbardziej kontrowersyjnych elementów nowej ustawy jest rejestr podmiotów szerzących dezinformację prowadzony przez Rzecznika Praw Pacjenta oraz nakaz dla operatorów przekierowywania ruchu z prywatnych domen na strony urzędu.
Dr Martyka nie ma wątpliwości, czym to może skutkować w praktyce:
„Proszę Państwa – jeżeli wpisujecie Państwo adres mojej strony i zamiast niej władze kierują na stronę urzędu informującą, że szerzę dezinformację, to czym różni się to dla czytelnika od zablokowania mojej strony? Kontrola prawna teoretycznie istnieje: ustawa przewiduje sprzeciw, a decyzje administracyjne mogą podlegać kontroli sądu administracyjnego. Ale najpierw to organ administracyjny rozstrzyga, czy moja wypowiedź jest nieprawdziwa i sprzeczna z aktualną wiedzą medyczną. A Internet nie czeka latami na ostateczne rozstrzygnięcie sporu naukowego. Ustawa tworzy realny instrument pozwalający doprowadzić do administracyjnego odcięcia dostępu do domeny lekarza, zanim niezależny sąd rozstrzygnie merytorycznie spór.”
Koniec niezależności lekarza?
„A co, jeżeli po kilku latach okaże się, że lekarz miał rację? To właśnie przeżyłem. Za wypowiedzi niezgodne z dominującą narracją zostałem postawiony przed sądem lekarskim. Tymczasem późniejsze RCT, metaanalizy i badania empiryczne potwierdziły wiele kluczowych zastrzeżeń, które podnosiłem. Co znamienne, już w 2021 roku Rzecznik Praw Obywatelskich ostrzegał, że poglądy lekarza niezgodne z przeważającym stanowiskiem nauki nie mogą prowadzić do odpowiedzialności zawodowej, jeżeli mają oparcie w rzetelnych badaniach naukowych.
RPO ostrzegł również, że ograniczanie mniejszościowych poglądów naukowych może szkodzić rozwojowi nauki. A Sąd Najwyższy później stwierdził coś równie ważnego: wytyczne EBM, także powiązane z aktami Ministerstwa Zdrowia, nie są automatycznie bezwzględnie wiążące, wiedzę medyczną ocenia się według stanu istniejącego w chwili działania, a żaden naukowy kierunek nie ma automatycznie pierwszeństwa przed innym, dopóki nie został powszechnie odrzucony” – napisał dr Martyka.
Dr Zbigniew Martyka podsumowuje zagrożenie:
„Lekarz świadomie przedstawiający pacjentowi fałszywe informacje i narażający jego życie powinien odpowiadać. Ale między szarlatanem sprzedającym „cudowny lek na raka” a lekarzem analizującym RCT i kwestionującym rekomendację urzędu istnieje przepaść. Jeżeli prawo tej przepaści nie widzi dostatecznie wyraźnie, to nie chroni nauki. Zakłada jej kaganiec. A lekarz, który przed napisaniem każdego krytycznego zdania będzie zastanawiał się nie nad tym, czy ma rację i czy posiada dowody, ale nad tym, czy Rzecznik uzna jego wpis za dezinformację, przestaje być niezależnym lekarzem i naukowcem. Staje się wykonawcą oficjalnej narracji.
I właśnie tego powinniśmy się obawiać najbardzie.”
źródło: Dr n. med. Zbigniew Martyka/Facebook
REKLAMA
















