REKLAMA
Sesje rady miejskiej z mocy prawa są w pełni jawne, jednak na ostatnim posiedzeniu w Gliwicach nasza obecność z obiektywem wywołała nieoczekiwane emocje. Radna Wiktoria Bartosiewicz (KO) publicznie oburzyła się robieniem zdjęć i zasugerowała, że stoimy w złym miejscu, przez co możemy… podglądać ekrany telefonów i komputerów samorządowców.
Utrudnianie pracy dziennikarzom w gliwickim, „uśmiechniętym” magistracie powoli staje się normą. W trakcie wielogodzinnych obrad zmienialiśmy pozycję, żeby uchwycić wypowiedzi i nikomu nie wchodzić w drogę. Mimo to nasza obecność wyraźnie przeszkadzała niektórym osobom. Były rzecznik prasowy przypadkowo wchodził nam w kadr plecami i zasłaniał ujęcia, a pretensje o nagrywanie miał również prawnik rozmawiający na sali z prezydentką miasta.
Wybuchła burza
W pewnym momencie radna Wiktoria Bartosiewicz zażądała od przewodniczącego interwencji wobec naszej redakcji. Najpierw wytknęła nam robienie zdjęć, gdy wracała na salę obrad. Chwilę wcześniej domagała się przestawienia nas w inny kąt, tłumacząc to „dyskomfortem” i obawą, że ktoś może zajrzeć w prywatne ekrany samorządowców.
W naszej obronie stanął inny radny, który wprost przypomniał obecnym elementarne zasady jawności: na sali obrad wszyscy są osobami publicznymi, posiedzenie jest dla mieszkańców, a władza nie powinna mieć nic do ukrycia. Dodał też, że jeśli ktoś nie chce być nagrywany, może opuścić salę.
Zobaczcie nagranie
REKLAMA
Przypomnijmy, że to nie pierwszy taki incydent w Gliwicach – na jednej z wcześniejszych komisji prezydent Katarzyna Kuczyńska-Budka osobiście przesuwała nasz mikrofon. Warto też na koniec dodać, że przez cały czas byliśmy dzielnie obserwowani przez strażników miejskich.
Na zdjęciu były rzecznik prasowy, który przypadkowo stanął sobie przed naszą kamerą
źródło: tarnogorski.info
Oprac. Łukasz Dudek
REKLAMA

















