REKLAMA
Miliony wyświetleń w mediach społecznościowych, chwytliwe hasła i powtarzanie, że są „trzecią siłą”, która lada moment przejmie całą prawicę. Tak Konfederacja wygląda na ekranie telefonu. Kiedy jednak zejdziemy na ziemię i spojrzymy na ich działania w terenie, widać totalną prowizorkę.
To, co stało się w Krakowie z podpisami Bartosza Bocheńczaka, to nie był żaden pech. Jeśli partia z takimi ambicjami nie potrafi zebrać i sprawdzić 3 tysięcy podpisów w drugim największym mieście w Polsce, to jest to po prostu wstyd. Wyrzucenie Bocheńczaka i zawieszenie krakowskich działaczy niczego tu nie załatwia. To tylko dowód na to, że partyjne struktury w terenie leżą.
Zresztą Kraków to nie wyjątek, bo dokładnie to samo widać na Śląsku. Wystarczy przypomnieć ostatnie protesty w Katowicach. Wiec po ciemku, bo nikt nie pomyślał o lampie, dźwięk z charczącego kuchennego głośnika, a za drugim razem sprzęt padający po paru minutach i ratowanie się ręczną krzykaczką. Przyzwoity mobilny głośnik z mikrofonem kosztuje 2 tysiące złotych. Dla partii, która bierze miliony z budżetu państwa, to są grosze. Dlaczego więc w terenie wygląda to jak robione na kolanie?
Z naszych obserwacji wynika też prosty wniosek: ci, którzy siedzą na samej górze lokalnych struktur, często są najmniej pracowici. Błyszczą na zdjęciach i w mediach, a całą czarną robotę zrzucają na dołowych działaczy, którzy zostają potem sami z problemami – bez wsparcia, bez sprzętu i bez organizacji.
Dlatego w kuluarach coraz częściej słychać jedno: Konfederacja z takim liderem i podejściem, nigdy nie będzie dominować prawicy. Lajki nie wrzucają głosów do urn. Jeśli „góra” dalej będzie ignorować robotę u podstaw i wykładać się na formularzach czy podłączeniu kabla do głośnika, to partia zamiast po władzę, znowu pójdzie prosto pod 5-procentowy próg wyborczy.
REKLAMA
Oprac. Łukasz Dudek
REKLAMA
















